Darmowy​ ​Program​ ​PIT​ ​dostarcza​ ​Instytut​ ​Wsparcia Organizacji​ ​Pozarządowych​ ​w​ ​ramach​ ​projektu​ ​PITax.pl​ ​dla​ ​OPP.

KRS

Na skrzydłach wiary

20.05.2015, Bądź Solidarny w Potrzebie

Zdaniem lekarzy mały Staś nie powinien żyć. „Przerwane opony mózgowe, roztrzaskana czaszka. Część mózgu obumarła, jest obrzęk i kilkanaście krwiaków, każdy może go zabić. Walczymy o życie. Można tylko wierzyć w cud” – mówili. Tymczasem sześcioletni dziś chłopiec potrafi przejechać na swoim rowerku 20 kilometrów, a śladów po wypadku praktycznie nie widać.

Wypadek

To było 8 czerwca 2011 roku. Mały Staś chciał posłuchać bicia dzwonów. Wspiął się na parapet i… spadł z pierwszego piętra na brukowaną ulicę, uderzając głową o krawężnik. Obecni tego ranka na ulicy przechodnie kiwali głowami. „Takiego upadku nie przeżyłby nawet dorosły” – mówili. Elżbieta Witkowska, mama chłopca, w jednej chwili była na dole, wybiegła w nocnej koszuli.

– To był koszmar – opowiada. – Chciałoby się, żeby to był sen, żeby to była nieprawda. Ale musiałam wziąć się w garść. Wołałam „Ratunku!”. Córka patrzyła z okna, ktoś krzyczał, „żeby go nie ruszać”.

Jak to jest – z całej siły pragnąć pomóc swojemu dziecku, a jednocześnie być całkowicie bezsilnym?

– Mogłam tylko wołać do Boga – mówi.

Staś początkowo nie oddychał. Po chwili jednak zaszlochał. W karetce zaczął płakać. W rodzicach ożyła nadzieja, że będzie dobrze.

W szpitalu Staś przeszedł wielogodzinną operację, jednak rokowania były bardzo złe. Ordynator wymieniła obrażenia i powiedziała: „Proszę przygotować się na najgorsze”.

– Zrobiło nam się słabo – opowiada mama. – W połowie przedstawiania diagnozy chcieliśmy uciec z gabinetu. Kiedy wyszłam, poczułam, jak tracę grunt pod nogami. Chciałam się czegoś złapać, uchwycić, ale nie było czego. Złapałam się Boga.

Ostatnie słowo należy do Boga

Na korytarzu spotkali znajomą – Gosię z córeczką. Opowiedziała im swoją historię. Kiedy była nastolatką, rzuciła się pod pociąg. Dostała 1% szans na przeżycie. Miała jeździć na wózku, nie mieć dzieci. Dziś jest zdrową mamą dwójki dzieci. „Lekarze mówią jedno, ale na szczęście ostatnie słowo należy do Boga. I tego się trzymajcie” – powiedziała. Dodała również: „Za miesiąc wyjdziecie ze szpitala”.

Cud uzdrowienia

Po operacji Staś przez siedem dni był utrzymywany w śpiączce farmakologicznej. Kiedy zaczął się wybudzać, opiekujący się nim specjaliści wciąż powtarzali: proszę sobie nie robić nadziei. Prawdopodobnie dziecko nie odzyska sprawności, być może pozostanie w stanie wegetatywnym.

Jednak rodzice powierzyli Stasia w ręce Boga; wierzyli, że cokolwiek się stanie, będzie to dobre dla ich synka. Rok przed wypadkiem przeżyli swoje nawrócenie.

– We wszystkich chwilach po wypadku Jezus był z nami tak blisko, jak nigdy wcześniej – mówi Ela.

A Staś krok po kroku robił postępy. Przez kolejny tydzień chłopiec co prawda na każdy dźwięk reagował krzykiem i dostawał relanium, ale później się uspokoił. Któregoś dnia do szpitala przyjechała Eliza, 11-letnia wówczas siostra Stasia. W dniu wypadku była w domu z mamą. To ona swoim krzykiem zaalarmowała, że brat wypadł z okna. Zadzwoniła po pogotowie i do znajomych, prosząc ich o modlitwę. Teraz przyszła, żeby… zagrać Stasiowi na skrzypcach.

– Na ich brzmienie pierwszy raz się uśmiechnął – opowiada ze wzruszeniem mama.

Rodzice czytali Stasiowi jego ulubione bajki. Podczas jednego z ulubionych fragmentów znów się uśmiechnął – okazało się, że rozumie!

Mów do nas „je-szcze”. Synu, ty stoisz!

Po wypadku wiele rzeczy było niewiadomą – także m.in. to, czy chłopiec będzie mówił. Jednak wkrótce okazało się, jaki jest Boży plan. To wydarzyło się w trakcie zabawy balonem. Stasiowi tak się spodobało, że poprosił o „je-szcze”. To było jedno z pierwszych słów, które wypowiedział po wypadku, później były kolejne. Zabawa balonem aktywizowała go także ruchowo – poruszał rękami i nogami.

Po wybudzeniu ze śpiączki farmakologicznej istniała obawa, czy Staś będzie widział. Któregoś dnia tata puścił mu na telefonie jego ulubiony odcinek „Reksia”. I synek zaczął wodzić oczami za zmieniającymi się obrazami, nawet przy wyłączonym dźwięku. Widzi! Kolejne etapy następowały po sobie bardzo szybko. Staś na nowo uczył się mówić, próbował przewracać się z boku na bok, chciał siadać. Lekarze byli zadziwieni i… po miesiącu wypisali go ze szpitala.

Było już wiadomo, że chłopiec przeżył. Ale czy uda się go przywrócić do dawnej sprawności? Czy będzie chodził? Rodzice wiedzieli, że cokolwiek się stanie, ich syn jest w dobrych rękach.

Staś opuścił szpital na wózku. Już pierwszego dnia po wyjściu tata zabrał go na spacer. Wyciągnął go z wózka i postawił na ziemi. A on stanął na własnych nogach!

Krok po kroku

Dziś na chłopcu praktycznie nie widać śladów po wypadku. Ma co prawda lekki niedowład prawej strony ciała i część jego mózgu obumarła, ale jest bardzo żywym dzieckiem – na swoim rowerku potrafi przejechać 20 kilometrów! To Boża zasługa. I efekt wytrwałej, systematycznej, wszechstronnej rehabilitacji.

– By móc być ze Stasiem w szpitalu i ćwiczyć z nim codziennie, zrezygnowałem z pracy – mówi tata Stasia, Wojciech Witkowski. – Powrót do zdrowia początkowo był bardzo dynamiczny. Teraz jest wolniejszy, ale wspólnie robimy krok po kroku naprzód.

Determinacja rodziców i czas poświęcany dziecku przynosi rezultaty.

– Wskutek wypadku Staś nie ma fragmentu mózgu – wyjaśnia mama. – Pewien zakres funkcji uszkodzonej części przejęła środkowa partia mózgu. Staś również z praworęcznego dziecka stał się leworęczny.

Nie wiadomo, za co dokładnie odpowiadały utracone części mózgu, dlatego mimo powrotu do zdrowia Staś wymaga ciągłej rehabilitacji, by stymulować mózg. Potrzebny jest mu też sprzęt do ćwiczenia w domu.

Kiedy rodzice powierzyli zdrowie Stasia Bogu, pragnęli tylko jednego – aby działa się Boża wola. Dziś są szczęśliwą pięcioosobową rodziną (w trakcie i po wypadku Elżbieta Witkowska była w ciąży z trzecim dzieckiem, synem Jasiem, który dziś ma trzy latka) i są pełni wdzięczności za dotychczasowe, Boże prowadzenie. Ich mottem w czasie tego całego doświadczenia były słowa „Bo u Boga żadna rzecz nie jest niemożliwa” (Łk 1,37). I one potwierdziły się co do joty.

Aby móc prawidłowo się rozwijać, chłopiec pilnie potrzebuje dalszej rehabilitacji i sprzętu do ćwiczeń. Pomóż Stasiowi – wpłać dar lub ustaw stały przelew na konto zbiórki publicznej:

Chrześcijańska Służba Charytatywna
ul. Foksal 8
00-366 Warszawa
54 1240 1994 1111 0010 3162 7042
z dopiskiem: „Staś Witkowski”

Każda wpłata się liczy i jest bardzo ważna. W imieniu Stasia dziękujemy za wsparcie nawet drobną kwotą.

Zgłoś uwagę do strony

Ta strona używa plików Cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Czytaj więcej »
Zamknij